Ktoś kopnął ją dwa razy w
żebra. Obudziła się. Była cała obolała. Strażnik pochylał się nad nią.
-Przegraliście! Teraz król
chce cię ściąć i jestem za tym. Podnoś się!
Wstała trzymając głowę wysoko.
Dała się wyprowadzić na dwór. Egzekucje zawsze odbywały się na rynku. Tym razem
była zaledwie garstka osób, które stały zaraz przy podeście, bo większość była
już przy budynkach lub wyglądała z domów. Vrær słyszała lamenty i płacz kobiet.
Nic nie wskazywało na to by, kiedykolwiek odbył się tu bunt czy powstanie.
Wszystko było nienaruszone. Kazali jej uklęknąć zaraz przy pniu.
-Zetną nas po kolei?
Obróciła głowę. Koło niej
stał skuty Loki. Skinęła głową.
-Sigyn…
naprawdę chciałabym.
Nie musiała tego mówić.
Wiedział. Nie słyszała słów herolda, ani ojca. Ułożyła głowę tak by go widzieć.
Patrzyli sobie w oczy.
-Kocham cię, Loki…
Wpatrywał się w nią.
Widział jak kat wyjmuje miecz z pochwy. Przymknęła oczy, a on odwrócił głowę.
-Ja ciebie też, Vrær.
Naprawdę cię kocham. –Wyszeptał na tyle głośno by go słyszała. Otworzyła
oczy. Po jej policzku spłynęła łza. Miecz nie opadał. Kat tego nie chciał.
Nagle dziewczyna podniosła głowę.
-Chcę przemówić ostatni raz
do ludu Alfheim.
Jej ojciec niechętnie
skinął głową. Wstała.
-Nie musicie żyć w strachu!
Wielu z was walczyło za mnie i wielu pewnie poległo! Wiem i jestem wam
wdzięczna… chcę, żebyście byli szczęśliwi. I jeśli Feniks
istnieje, to wzywam go do siebie! –Wrzasnęła nagle. Uniosła ręce
na tyle na ile pozwalały jej łańcuchy- Przybądź strażniku Wielkiego Ognia! Twoja
patronka cię wzywa! Zniszcz niegodnego króla i przywróć dawny blask Alfheim!
Na niebie zaczęła formować
się kula ognia. Po chwili rozwinęła skrzydła i kłapnęła ognistym dziobem. Przez
ułamek sekundy wisiał w powietrzu, po czym runął na podium i pochwycił w szpony
króla. Ogień zaczął odsłaniać złote i pomarańczowe pióra feniksa. Olbrzymi ptak
wylądował na rynku i przygniótł szponem mężczyznę do ziemi i wrzasnął
przeciągle. Strażnicy rozkuli Lokiego i Vrær. Elfka podeszła do monstrum i
poklepała je po dziobie.
-do ciebie należy wybór, co
z nim zrobić, Áluahear.
Ptak kłapnął w odpowiedzi
dziobem, a ona odsunęła się. Podniósł mężczyznę jak piórko i podrzucił w
powietrze. Złapał go i rzucił nim o ziemię. Pochwycił go raz jeszcze i sam
wzbił się w powietrze. Zaczął płonąć i odfruwać. Krzyki byłego króla jeszcze
długo rozbrzmiewały po rynku.
-No to ja rzucam koronę! –Powiedziała
spoglądając w stronę odlatującego feniksa. Po tłumie przeszedł pomruk
zdziwienia. –Mam inne zadanie do wykonania. Roseline!
Rudowłosa kobieta wychyliła
się z tłumu.
-Tak Wasza Wysokość?
-Zostajesz nową królową.
Czy się zgadzasz?
Elfka wpatrywała się w nią
jak kiedyś z szeroko otwartymi oczami.
-Pani, to zaszczyt, ale nie
wiem czy podołam…
-Podołasz. Tylko zgódź się.
-tak, Wasza Miłość.
Była księżniczka
uśmiechnęła się.
-Możesz już mówić mi Vrær.
***
Ten rozdział to jakaś straszliwa pomyłka, naprawdę. Przynajmniej ja tak to widzę, ale nie potrafię go zmienić na lepsze. nie wiem czemu. Mam nadzieję, że był znośny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz