Loki czekał zaniepokojony.
Nie słuchał, co mówiła do niego od paru godzin Amora. Nie zwracał uwagi, że „przypadkowo”
dotykała i ocierała się o miejsca, które powinna omijać z daleka. Od czasu do
czasu potakiwał, lub mruczał coś pod nosem, a czarodziejka nawet nie zauważyła,
że jest ignorowana. Nagle zdał sobie sprawę, że zamilkła. Spojrzał na nią.
-Ty cholerny podstępny
idioto! Jak długo mnie nie słuchasz?! –Wrzasnęła. Loki rozsiadł się
wygodnie i zmrużył oczy.
-Odkąd tylko zaczęłaś
mówić.
Kobieta otworzyła usta by
coś powiedzieć, ale w tym momencie z ciemnego korytarza wyszła Elfka.
Czarodziejka prychnęła.
-Spodziewałam się Sigyn.
Wygląda na to, że nie jest taką bohaterką, za jaką się podaje.
Bóg kłamstw wpatrywał się w
zapłakaną twarz dziewczyny.
-Nigdy nie podawała się za
bohaterkę, Amoro.
Wstał powoli i podszedł do
Vrær. Objęła go.
-Kazała ci przekazać, że
cie kocha…, że to nie była twoja wina i…,
powiedziała… powiedział to, co ja w hotelu…
Rozpłakała się. Loki
głaskał jej włosy nieświadomie, ale myślami był daleko. Nadal wierzył, że
jeszcze ujrzy Sigyn. Miał na to nadzieję odkąd powiedziała mu to Hel. Odkąd
Elfka była więziona przez SHIELD, wierzył, że będzie mógł pocałować jej usta,
wplątać palce we włosy, oglądać jak przeciąga się rano siedząc na łóżku. Jedna
łza spłynęła po jego policzku. Tylko jedna. Za jedną nadzieję.
-Co teraz? –Zapytał
nieobecnym głosem.
-Ja…
pojadę na Alfheim i zdobędę tron. Jeśli zdążę, władzę przejmie moja
przyjaciółka, a ja wrócę do Sigyn i staniemy się jednością.
Amora zaśmiała się.
-Na to akurat nie ma szans!
Biedaczka rozpadnie się w ciągu następnego dnia! Daruj sobie, kochanie!
Loki wiedział, że to
prawda. Sześćdziesiąt osiem lat… to już i tak było dużo. Powinna zginąć już dawno
temu. Nie było żadnej nadziei. Może da radę nacieszyć się Vrær? Jednak samo
przebywanie z nią go bolało, bo wiedział, że jego ukochanej już tam nie ma.
-Kiedy chcesz wyruszyć?
-Jeszcze dziś. Teraz. –Powiedziała
zdecydowanie.-Hel. Czy masz może jakiś strój bojowy?
Bogini westchnęła i skinęła
głową. Pstryknęła i do Sali wszedł człowiek zakuty w łańcuchy, który niósł
wspaniale wykonaną zbroję. nie miał oczu, a jedną rękę trzymał wyciągniętą
przed siebie. Dopiero po chwili, Elfka zauważyła, że narząd wzroku jest na
wewnętrznej stronie dłoni. Podał go bogini śmierci, a ona Vrær.
-A, jeśli nikt za tobą nie
pójdzie? Co wtedy? –Zapytała wręczając.
-Wtedy będę zmuszona zbić
ojca i siłą zepchnąć z tronu. Wygnał mnie, ale zapomniał wydziedziczyć. A to
czyni mnie spadkobierczynią i dziedziczką Alfheim. Dziękuję. Mam u ciebie
wielki dług. Nie obiecuję, że zwrócę w jednym kawałku.
-Wiem. –Bogini
uśmiechnęła się, co naprawdę koszmarnie wyglądało, ale dziewczyna odwzajemniła
uśmiech. Dziewczyna odwróciła się do Lokiego.
-Zdajesz sobie sprawę, że z
tobą idę? –Wysyczał cicho. Skinęła głową. Wyglądała dumnie
nawet z przekrwionymi oczami. Wyszeptał zaklęcie. Jej włosy upięły się w gruby
warkocz, a zbroja przyległa do jej ciała. Loki przywołał portal. Dotknęła
powierzchni lustra.
Odetchnęła rześkim
powietrzem swojej ojczystej krainy. Była na rynku. Spojrzała w wiecznie
niebieskie niebo. Spuściła wzrok. Elfy wpatrywały się w nią i Lokiego. Nagle
jakaś kobieta opadła na kolana i zaniosła się radosnym płaczem. Podciągała się
do jej stóp i ucałowała je. Vrær schyliła się i ujęła elfkę pod brodę.
Uśmiechnęła się.
-Podnieś się. Dobrze
widzieć lojalną osobę. –Powiedziała w Álfeimr. Inne elfy zaczęły kłaniać się
i padać na kolana. Obserwowała jak całe królestwo oddaje jej cześć jak bogini.
Niektórzy wznosili ręce i krzyczeli do niej, inni cicho wpatrywali się w nią,
jeszcze inni płakali ze szczęścia lub śmiali się. Zobaczyła jak strażnicy w
złotych połyskujących zbrojach ze szczękiem wyciągają miecze. Mniejsza część
rzuciła je i opadła na kolana, jednak niektórzy zaczęli do niej się zbliżać.
-Ułóżcie swą broń u mych
stóp, a obiecuję wam, że kara was nie spotka! –Powiedziała wystarczająco
głośno, by każdy ją usłyszał. Na balkonie pojawił się blond włosy mężczyzna.
-Zabijcie! Zabijcie ją!
Już! –Wrzeszczał piskliwie. Bał się.
Vrær wyciągnęła dwa miecze
i stanęła w pozycji bojowej.
-Rzućcie broń, a macie moje
słowo, że daruję wam podniesienie ręki na królewską córkę! –Powtórzyła
jeszcze raz. Nagle jakiś mężczyzna skoczył na strażnika, który przymierzał się
do rzutu włócznią w Vrær.
-Za królową!
Wkrótce wszyscy zaczęli
robić to samo. Dziewczyna wraz z Lokim rzuciła się w stronę pałacu. Zabiła po
drodze trzech sprzymierzeńców jej ojca. Jak zauważyła, nawet młode elfy nosiły
przy sobie sztylety i inne bronie, co nie zdarzało się przed śmiercią królowej
Shienar. Dwóch elfów pomogło jej otworzyć wrota i wbiegła do środka zabierając
ze sobą kilkunastu żołnierzy, którzy byli po jej stronie.
-Zbierzcie jak najwięcej
sprzymierzeńców i odbijcie zamek. –Rozkazała. –Loki.
Idziesz ze mną do ojca. Postaram się przywrócić mu trochę rozumu i …
-Wiesz, że to się nie uda? –Zapytał
się bóg kłamstw. Skinęła głową.
Wbiegli schodami do góry,
parę żołnierzy towarzyszyło im aż do korytarz prowadzącego do komnaty króla.
Stał przy ścianie i wpatrywał się w nich.
-Ojcze…
-Nie jestem twoim ojcem!!!
Twoja matka mnie zdradzała!!! Wszyscy mnie zdradzili! Nie ma już lojalności na
tym świecie! NIE MAAAA!!! –Złapał się za włosy i pociągnął. Zawył z bólu i
rzucił się do stołu. Chwycił sztylet i rzucił nim w dziewczynę. Zdążyła się
uchylić, a jej ojciec zaczął ciskać na oślep magią. Pioruny, błyskawice i kule
ognia były dosłownie wszędzie. Skryli się za słupem. Wokół nich latały odłamki
różnych przedmiotów. Loki przycisnął rękę do boku. Vrr spojrzała na niego z
lękiem.
-Oberwałeś! Jak mocno?! –Zapytała
przekrzykując huk gromów. Pokręcił tylko głową. –Zostań tu! Ja…
W tym momencie słup pękł i
runął na nich. Poczuła ból przez chwilę, a potem ciemność pochłonęła ją
całkowicie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz