Obudziła się leżąc na łóżku w dziwnym pokoju. Obraz
zamazywał się trochę, ale w końcu dała radę skupić się na tyle by dostrzec
ostrzej pomieszczenie, w którym się znajdowała. Nawet kręcenie głową sprawiało
jej ból. Ściany pokrywała brudna czerwona farba, był tam fotel, mały stoliczek,
biurko, krzesło i parę lad kuchennych, na których stały różne maszynki użytku
domowego. Mikrofalówka, czajnik i wiele innych rzeczy. Podniosła się jakimś
cudem na łokciach. Wstała. Chwiejnym krokiem zaczęła iść w stronę biurka
opierając się o ścianę. Usiadła ostrożnie na krześle. Jej wzrok padł na leżącą opodal
książkę. Przywołała ją magią, choć prawie krzyknęła, gdy głowę nagle rozsadził
ból. Złapała lekturę jeszcze w powietrzu i otworzyła ją. Przeczytała napis na
stronie tytułowej.
„Mitologia germańska, czyli Dziewięć światów”
Uśmiech
powoli wpłynął na jej twarz. Spojrzała na strój, w który była ubrana. Czarne
spodnie, biała bluzka. Nic specjalnego. Chwilę później do pokoju wszedł dobrze
zbudowany chłopak. Bez słowa postawił przed nią butelkę z wodą. Vrær tylko
spojrzała na niego spode łba. Poczuła pragnienie. Miała ochotę rzucić się na
ciecz i wypić wszystko na raz.
Jej suche usta tego potrzebowały. Wiedziała to, ale
nie chciała poddać się IM. Nie mogła pozwolić się złamać. Jednak, kiedy agent
wyszedł ujęła w dłonie butelkę wody i drżącymi palcami okręciła korek.
Wyszeptała krótkie zaklęcie sprawdzające trucizny. Piła łapczywie i z trudem
odciągnęła napój od warg…
Sprawnie
poruszała się w ciemnościach. Czuła w sobie siłę, choć zbierało jej się na
płacz, gdy tylko pomyślała o tym, co właśnie zrobiła. Wiedziała skąd miała tyle
mocy i nie mogła w to uwierzyć. Loki musiał przesłać jej odrobinę magii i
energii życiowej. Rozbroiła jednego agenta, który nic nie widział. Drugiego
zepchnęła na trzeciego. Zbiegła po schodach i przebiegła korytarz docierając do
magazynu z bronią. Coś uderzyło ją w głowę. Upadła, lecz zaraz podniosła się i
chwyciła rękę przeciwnika. Wygięła ją i wolną dłonią zakryła usta napastnika.
Nie musiała widzieć, by znać położenie agenta. Była elfką i potrafiła się wsłuchiwać
w każdą żywą istotę, przewidywać jej ruchy i sprawnie kontratakować, jeśli
zaszła taka potrzeba. Chciała ogłuszyć przeciwnika, gdy nagle rozpoznała w
nim rudowłosą kobietę. Jej oczy zdążyły już przyzwyczaić się do ciemności.
-Masz
u mnie dług. Teraz masz okazję go spłacić. Gdzie jest wyjście?
Agentka
delikatnie odsunęła jej dłoń od swoich ust.
-Musisz
przejść przez magazyn, skręcić w lewo i wyjść czwartymi od prawej drzwiami.
Odeszła
zostawiając ją samą. Miała nadzieję, że to nie pułapka.
Loki czuł, że się nie spóźnił. Nie spodziewał się, że
zbudowanie portalu międzyświatowego zajmie mu aż trzy tygodnie. Oddał jej tyle
energii, aby mógł jeszcze ich teleportować do Nowej Zelandii. Rozbroił
wszystkich, którzy weszli mu w drogę. Wiedział, że Vrær nie byłaby zadowolona,
gdyby ich zabił. Zbliżał się do miejsca gdzie ogromne stalowe drzwi właśnie
otwierały się, by wypuścić z nich biegnącą elfkę. Puścił się pędem w jej
stronę. Jego ubranie powiewało na wietrze. Zatrzymał się gwałtownie, gdy drogę
zastąpił mu mężczyzna, który dosłownie spadł z nieba.
-Thor!
–Wrzasnął Loki. Jego się nie spodziewał. Zza jego
przyrodniego brata usłyszał krzyk dziewczyny. Kątem oka zobaczył jak mocuje się
z jakimś agentem w błocie. Gdzieś z tyłu uderzył piorun i zaczął padać deszcz.
Bóg kłamstw uśmiechnął się szyderczo.
-Czyż
to nie twa domena? Boże gromów?
-Loki!
Zostaw w końcu Midgard w spokoju! –Powiedział potężny mężczyzna
unosząc swój młot. Z tyłu dało się słyszeć zawodzenie agenta, który
najwyraźniej mógł pożegnać się z męskością. Vrær poderwała się natychmiast.
-LOKI!
Do cholery! Mógłbyś się pospieszyć?!
-kim
jest twa kompanka, bracie? –Zapytał Thor zaskoczony.
-jestem
trochę zajęty, kochanie! –Odkrzyknął do elfki bóg kłamstw. Wykorzystując
zmieszanie przeciwnika, zadał cios sztyletem. Bóg piorunów uchylił się w
ostatniej chwili i cisnął młotem na oślep. Loki odskoczył, lecz za nim zdążył
zrobić cokolwiek jeszcze, znalazła się przy nim Vrær i pociągnęła go za rękaw. Wyciągnęła
dłoń w stronę Thora i odchyliła głowę do tyłu. Jego brat upadł na kolana, po
czym runął twarzą w błoto.
-Czy
ty właśnie…
Elfka
spojrzała na Lokiego z politowaniem.
-Oczywiście,
że nie! Jest nieprzytomny!
Przyciągnął
ją do siebie.
-Ty
pozbawiłeś SHIELD prądu? –Zapytała.
Uśmiechnął się przebiegle. –Nieźle.
Zielona
mgła spowiła ich ciała.
Ktoś
strzelał, ale było już za późno by pociski mogły ich dosięgnąć. Tylko jeden
zdołał ugodzić boga kłamstw w ramię, zanim kompletnie się nie
zdematerializowali. Lądowanie nie było nadzwyczajnie przyjemne, gdyż Loki nieszczęśliwie
wpadł na regał z książkami, a dziewczyna na stół i krzesła. Szybko pozbierał
się i podszedł do lustra. Zaklęciem ściągnął górną część togi i zaklął w wielu
językach. Za nim znalazła się Vrær, która oglądała ranę z wyraźnym niepokojem.
-Mocno
oberwałeś. Daj mi na to spojrzeć.
Poprowadziła
go w stronę krzesła i posadziła na nim. Sama uklękła przy Lokim. Obserwował jak
mruży delikatnie oczy i jak przesuwa palcami po skórze wokół postrzału. Jej
usta ściągnęły się na chwilę w wąską linię, lecz zaraz się rozluźniła.
-Nie
sądzę, by była potrzeba użycia magii. Jeśli mi pozwolisz, sama ci to opatrzę.
Nie
czekając na odpowiedź ruszyła w stronę łazienki. Znała ten dom. Była tu kiedyś
na wakacjach, bardzo udanych wakacjach. Nalała wody do wiadra, wzięła czysty
ręcznik i wróciła do niego. Wyciągnęła pocisk.
-Po,
co właściwie przybyłeś na Midgard?
Loki
przez chwilę milczał. Otworzył i zamknął usta. Przetarła ranę. Znając życie, po
prostu chciał uprzykrzyć bratu dzień, ale miała dziwne przeczucie, że nie o to chodzi.
-Zawarłem
pakt. Miałem otrzymać Asgard w zamian za… zniszczenie siedziby SHIELD i
wyciągnięcie z niej pewnej boginki.
-Kłamiesz.
Odpuściłeś już dawno temu. –Powiedziała spokojnie. -Nie chodzi o Asgard.
Loki
obrzucił ją spojrzeniem, które mogłoby zabić.
-Nie.
–Przyznał. –Nie chodziło o Asgard.
Umarłem.
Vrær
przestała bandażować. Przełknęła ślinę.
-Co
proszę?
-Nieudana
wyprawa do Musphelheim. Jak każdy bóg wciągnęło mnie do Nilfheim, gdzie
sprawuje rządy moja córka, Hel. Z powodów więzów rodzinnych obiecała wypuścić mnie z
krainy śmierci za małą przysługę. Miałem uwolnić jej kochaną przyjaciółkę,
Amorę.
Czyli,
że nie uwolnił jej, bo mu niej zależało, ale dlatego, że była po drodze.
Skończyła bandażować.
-Udało
ci się? Uratowałeś ją? –Zapytała siląc się na spokój.
-Tak.
Byłyście w tej samej bazie.
Wstała
i sztywno wyszła z domu. Przed nią rozciągał się cudowny widok. Dom mieścił się
na brzegu jeziora Tekapo. Wkoło wrzosy i lawenda pokrywały każdy skrawek ziemi.
Nikt nie wiedział o położeniu tego domku, bo był objęty zaklęciem ochronnym.
Vrær kochała to miejsce. Zaczęła zastanawiać się, jak Loki w tak krótkim czasie
zdołał wyciągnąć je obie i doszła do wniosku, że Amora wykorzystała „awarię”
i z małą pomocą czarodzieja uciekła sama. Nienawiść, jaką żywiła do tej boginki
była wręcz karygodna. Vrær rozebrała się i wskoczyła do wody. Zanurkowała
głęboko wykorzystując zaklęcie zwiększające pojemność płuc. Mijała ławice
małych i dużych ryb, obserwowała rafy koralowe i różnorodność głębin. Czuła na
skórze jak temperatura i ciśnienie się zmieniają. Przestała poruszać się, gdy
tylko dotknęła ręką dna. Czuła jak powoli zaczyna brakować jej powietrza, więc
zaczęła wypływać. Wynurzyła się powoli i podpłynęła do brzegu.
-Pomyślałem,
że możesz mieć dość tych łachów. -Stał przyglądając się jej. Na wyciągniętym
palcu trzymał nową bluzkę i spodnie. Było na tyle głęboko, by nie mógł zobaczyć
jej ciała, jednak dziwnie się czuła, gdy patrzył się na nią. –Jak
tam rany?
-W
drodze do dna zdążyłam użyć zaklęcia uzdrawiającego. Nic mi nie będzie. Już się
goją. Mógłbyś się odwrócić?
Wykonał
prośbę. Wytarła się starą bluzką. Podał jej rzeczy, a ona bez słowa ubrała się
za nim.
-Czemu
nie przybyłeś z odsieczą wcześniej? –Zapytała nagle.
-Budowałem
coś, co ci się spodoba. No i musiałem zebrać dla ciebie odpowiednio dużą porcję
sił życiowych.
-Tylko
dla mnie? –Zapytała.
-I
dla Amory.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz