Jej suche usta tego
potrzebowały. Wiedziała to, ale nie chciała poddać się IM. Nie mogła pozwolić
się złamać. Jednak, kiedy agent wyszedł ujęła w dłonie butelkę wody i drżącymi
palcami okręciła korek. Wyszeptała krótkie zaklęcie sprawdzające trucizny. Piła
łapczywie i z trudem odciągnęła napój od warg. Zbyt długo ją torturowali. Ile
to już trwało? Tydzień, może dwa? A gdzie był Loki? Pewnie gdzieś się ukrywał,
pewnie w jednej ze swych kryjówek. Może myślał o tym czy jeszcze żyje.
Dziewczyna w to szczerze wątpiła. Rany bolały. Te na rękach, na brzuchu,
plecach i nawet jedna na twarzy. Wtedy faktycznie posunęła się za daleko.
Uśmiechnęła się na samą myśl o minie tej agentki, kiedy powiedziała jej, że jej
maż chodzi na kobiety każdego dnia. To był jednorazowy widok. W jednej chwili
płakała, w drugiej śmiała się Vrær w twarz, a w następnej potraktowała ja
nożem. Pamiętała siebie, jak darła się w niebo głosy, gdy była przywiązana do
krzesła elektrycznego. Zawsze po torturach śmiała się histerycznie. Tylko myśl
o Lokim dawała jej siłę przetrwać kolejne „rozmowy”. A on pewnie już o
niej nie pamiętał. Znów zaniosła się psychicznym śmiechem, tym razem przeszedł
on w napad histerii. Śmiała się i płakała w tej samym momencie. Prawie udławiła
się wodą, gdy znów chciała się napić. Wstała z krzesła, zebrała w sobie
wszystkie siły. Przywołała magię. Jej ukochaną elfią magię. Uniosła ręce ku
górze z chichotem. Zamknęła oczy. Rzeczy w pokoju zaczęły wirować, unosić się i
same przestawiać z miejsca na miejsce. Niektóre po prostu zawisły do góry
nogami. Vrær wrzasnęła. Wszystko poleciało z impetem w różne strony.
Zniszczenie, chaos… krzyki dochodzące zza stalowych ścian. Śmiała się z
tego. Co ci śmiertelnicy mogli jej zrobić? Była z Alfheim, krainy jasnych elfów,
świtu spod Asgardu. Po jej policzkach spływały łzy, siły ją opuszczały. Opadła
na kolana, jednak ręce wciąż trzymała wyciągnięte. Meble, niektóre potrzaskane,
inne w jednym kawałku uniosły się teraz pod sufit. Dziewczyna zemdlała. Do
pokoju wkroczyli agenci. I wtedy wszystko na nich spadło.
Coulson obserwował wszystko
na monitoringu. Ostrzegał, że to się tak skończy. Szkoda mu było „elfki”,
jak kazała się nazywać. Miała (przekładając na ziemskie lata) ledwo
siedemnaście lat. Jej włosy były złote, przeplatane srebrnymi pasemkami, oczy…
tu można by się kłócić. Za dnia były niebieskie, w nocy, bursztynowe, a z
kolei, gdy używała magii, czarne, bez białek. Po dłuższym torturowaniu, jej
oczy nabrały koloru bursztynu już na stałe, więc stwierdzili, że morski kolor
był przykrywką. Phil wiedział, że w końcu ją stracą. Fizycznie lub psychicznie.
Biedna dziewczyna zwyczajnie się źle zakochała. W niewłaściwej osobie, w
niewłaściwym czasie i miejscu. Tylko raz powiedziała coś więcej, niż kpiny.
Stało się to, gdy nafaszerowali ją dragami z najniższej pułki. Wtedy łkając
wrzeszczała coś o domu, matce i Lokim, oczywiście. Phil wtedy po raz pierwszy
podniósł ton swojego szefa. I miał rację. To było jeszcze dziecko. Teraz
trzęsła się w konwulsyjnych spazmach bólu, leżąc pomiędzy odłamkami mebli.
Ostatnie drgawki. Jeden z drugiej grupy agentów podszedł do niej i sprawdził
puls. Pokręcił głową i zapisał czas zgonu. 13. 53. Coulson zacisnął usta…
to się nie powinno tak skończyć. I nagle dziewczyna zerwała się na nogi i
chwyciła za gardło agenta. Podniosła go jedną ręką na ziemię i cisnęła w jego
towarzyszy. Jej oczy… czarne, bez białek.
-Nara, suki! Do
niezobaczenia!
Błysnęło białe światło i
już jej nie było. Phil zaklął, co rzadko mu się zdawało. Monitoring w całym
budynku padł. Jak niedługo się okazało, nie było też prądu, ANI zasilania
awaryjnego. SHIELD skończyło w egipskich ciemnościach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz