Tak, więc wiem, że długo mnie nie było. Mam wiele nauki i
zajęć dodatkowych, więc sami rozumiecie. Dosyć długo zajęło mi napisanie tego
rozdziału, te wszystkie przemyślenia i w ogóle… Ale w końcu powstało to małe
dziełko sztuki i powiem więcej! Więcej tego rozdziału jestem chyba najbardziej
dumna!
A tu mała dedykacja dla Directioners69
Dzięki za bycie przy mnie w trudnych chwilach...
Wpatrywała
się w oszlifowany kryształ. Loki był wyraźnie zadowolony z siebie, bo stał koło
niej z cieniem uśmiechu.
-Rozumiem,
że to nie jest zwykłe lustro? –Zapytała.
-Ależ
tak! Zrobiłem to by móc się przeglądać! Czyż nie jest piękne? –Zawołał
czarodziej. Vrær zaśmiała się perliście. –Nie. To portal międzyświatowy.
Przeniesie nas do Nilfheim, a potem do Alfheim. Hel nam pomoże. Jeśli nie jesteś
gotowa…
-Jestem.
–Odpowiedziała natychmiast. -Uleczyłam już się i mogę
stawić czoła memu ojcu i wszystkim, którzy za nim się opowiedzą. Co mam robić?
Loki
westchnął.
-Dotknij
zwierciadła.
Wykonała
polecenie. Kryształ zafalował i po chwili pojawiła się w nim czarny tunel. Na
jego końcu widać było małe pomieszczenie, które zaczęło szybko się do nich
zbliżać. Niedługo po aktywacji, ukazało się miejsce, które okazało się ogromną
komnatą. Loki chwycił elfkę za rękę i pociągnął do przodu. Zanurzyła się w
masie i prawie krzyknęła, gdy lepka maź zalała ją całą i wlała się do ust, nosa
i oczu. Wzięła durzy wdech, jak ktoś, kto zbyt długo przebywał pod wodą, gdy
przybyli na miejsce. Znajdowali się w pomieszczeniu, które przed chwilą
widzieli. Złote, bogato rzeźbione kolumny ciągnęły się przez całą długość Sali.
Każdą od góry do dołu pokrywały pochodnie, w których płonął biały, niebieski
lub zielony ogień, jednak panował tam półmrok. Na końcu, pomiędzy dwiema
wielkimi chimerami z brązu, stał ogromny bogato zdobiony srebrem, złotem, platyną
i brązem tron. Na nim spoczywała czarno odziana postać. Śmiała się z czegoś i
gestykulowała żywo białą dłonią. Podeszli bliżej. Kobieta miała białe włosy
spięte w kok, jedno oko było srebrne, przynajmniej to, które widzieli. Jej twarz
była zwrócona w bok. Była niesamowicie blada, jednak Vrær zauważyła, że jej
lewa dłoń, wystająca spod rękawa, jest sina. Jej suknia była czarna, prawa ręka
była odsłonięta, lecz lewą zakrywał długi, szeroki rękawem.
Kiedy
ich ujrzała poderwała się z tronu.
-Loki!
Ojczulku! Jak ja dawno cię nie widziałam! Muszę ci podziękować za uwolnienie
Amory! Ale wiedziałeś, że i tak bym cię wypuściła.
Elfka
zobaczyła, że jej prawa strona twarzy jest w większości łuszczącą się skórą i
gnijącymi mięśniami. Gdzie niegdzie widać było nawet kawałki białej czaszki.
Jej oka nie otaczała skóra, więc widać było je całe. Czerwoną źrenicę
przysłaniała zaćma, a białko przybrało żółtawy kolor. Teraz zrozumiała, że ręka
musiała wyglądać tak samo. Kobieta podeszła i objęła boga kłamstw, który odwzajemnił
uścisk i ucałował ją w nierozkładający się policzek.
-Hel!
Wyglądasz olśniewająco jak zawsze. –Skomplementował swoją córkę.
Bogini machnęła białą dłonią. Elfka przyglądała się temu z boku zachowując
niewzruszoną minę. Córka śmierci spojrzała na nią.
-To
musi być ta kobieta, o której mówi przepowiednia? Vrær?
Dziewczyna
spojrzała z lękiem na nią.
-Przepowiednia?
O mnie? Chcesz powiedzieć, że coś znaczę? Że jestem kimś ważnym?
Hel
uśmiechnęła się tajemniczo i ujęła jej dłoń. Pociągnęła ją w ciemny korytarz.
-Chodź,
moje dziecko. Czekają na ciebie.
-Kto?
–Spytała z nieukrywanym przerażeniem. –Loki?!
Stał
nieruchomo, wpatrywał się gdzieś w bok. Minęła ich blondynka ubrana w zieloną
suknię, do której mówiła bogini śmierci, gdy przybyli do Nilfheim.
-Amora?!
–Wrzasnęła Elfka. Hel stanęła, Kobieta odwróciła się
zdziwiona.
-Czy
my się znamy?
-Owszem.
Jestem przyjaciółką Aula. Skazałaś go na dożywocie! Nawet go nie pamiętasz…
Oczy
czarodziejki zwęziły się.
-Nie…
przypomnij mi.
-Przyjechałaś
na Alfheim. W przeddzień Największego Święta. Zakochał się w tobie, a ty
perfidnie go wykorzystałaś do swoich celów! A potem go zostawiłaś na pastwę
mojego ojca! Wiedziałaś, że podda go torturom!
Amora
przełknęła ślinę i wyprostowała się.
-Poprosiłam
go, żeby ukradł tylko diament twojej młodszej siostry, która i tak już nie
żyła. Nie prosiłam go by zabrał też twój i twojej matki. I to też nie jest moja
wina, że go złapali!
Vrær
wpatrywała się z obrzydzeniem w czarodziejkę.
-Nie
przeżyjesz dnia, w którym zasiądę na tronie. –Wysyczała cicho. Odgarnęła
włosy z twarzy. –Znajdę cię.
-Chodź
już. –Ponagliła Hel ciągnąć ją za rękę. Ruszyły znów
ciemnym korytarzem. Nie słyszały nic oprócz sporadycznego kapania wody,
własnych kroków i oddechów. Pachniało zgnilizną i rozkładem, a w niektórych
miejscach widać było ciała i szkielety zwierząt, ludzi i dziwnych stworzeń.
Zeszły w dół schodami i skręciły w prawo. Na końcu zimnego pomieszczenia coś
się świeciło.
-Dalej
musisz iść sama. –Powiedziała bogini śmierci.
-Co
to za miejsce? –Zapytała dręczące ją od dawna pytanie Elfka.
-Nikt
tego nie wie. Niektórzy nazywają je Podziemiami Nilfheim, niektórzy Pałacem
Śmierci, a inni Miejscem Zbawienia. To ty musisz mu nadać nazwę.
-Chyba
nie rozumiem…
-Zrozumiesz.
Z czasem wszystko staje się jasne. –Rzekła Hel smutno. Pchnęła
dziewczynę do przodu. –Może nie jest jeszcze stracona… -usłyszała
cichnący szept dziewczyna. Odwróciła się, ale nie dostrzegła bogini, była tam
tylko ciemność. Ruszyła przed siebie w stronę odległego punktu. Jej palce raz
musnęły ściany i prawie krzyknęła, gdy dotknęły czegoś żywego i lepkiego.
Przyśpieszyła, serce tłukło jej się w piersi i ledwo, co łapała oddech ze
strachu. Wciąż powtarzała sobie, żeby nie panikować, jednak wraz z każdym
krokiem ogarniała ją coraz większa histeria i złe przeczucia. Nie mogła się
odwrócić, czuła to. Bała się, co tam zobaczy. Teraz już prawie biegła, widziała
swój oddech zmieniający się w parę, czuła wilgoć na skórze i ubraniu.
Zatrzymała się gwałtownie, gdy dotarła do końca korytarza. Zajrzała przez próg
do środka komnaty. Wyglądała całkiem normalnie, jak sypialnia jakiejś
asgardzkiej piękności. Była przestronna, pomalowana na złoto i srebrno. Pod
ścianą stała rzeźbiona toaletka, a naprzeciw niej wielkie łoże z zasłoniętymi
kotarami. Były tam szafy, komody, fotel. Wszystko się zgadzało, jednak nie było
tam nawet małego okienka. Za źródło światła służyły świece i pochodnie. Było
też drugie pomieszczenie, ale było ono ukryte za długimi i grubymi zasłonami.
Vrær przekroczyła próg pokoju. Pamiętała to miejsce, ale nie wiedziała skąd.
Może była tu, gdy miała okazję odwiedzić Asgard. Zastanawiała się, czemu Loki
nie przedstawił jej Sigyn. Może już wtedy nie żyła?
-Co
teraz?
Rozejrzała
się jeszcze raz. Po krótszym zastanowieniu podeszła do łoża i delikatnie rozsunęła
kotary.
-Boże
drogi! –Wrzasnęła. Na kołdrze leżała na wznak kobieta. Jej
złote włosy okalały twarz, oczy były zamknięte, była blada, a ręce skrzyżowane
na piersi. Jej gardło znaczyła ledwo zrośnięta blizna. Nie żyła. Do
pomieszczenia wszedł młodszy Loki. Usiadł przy kobiecie i zalał się łzami. Ujął
jej dłoń i ucałował ją.
-Ja…ja
próbowałem… naprawdę… Sigyn, moja kochana Sigyn…
moje szczęście, zbawienie… tak bardzo przepraszam…
Pochylił
się i przeczesał jej włosy. Płakał.
Z
drugiego pokoju rozległ się przeciągły krzyk kobiety. Elfka ruszyła w tamtą
stronę i rozchyliła zasłony. Na łóżku, tym razem dużo mniejszym, na wpół
leżała, na wpół siedziała jej matka. Wokół niej chodzili lekarze, a jej mąż
ściskał jej dłoń. Rodziła. Scena przyśpieszyła, jakby nie zdarzyło się wtedy
nic ważnego i poród dobiegł końca. Kobieta opadła na poduszki. Jej blond włosy sterczały
w nieładzie.
-Na
wszystkich bogów Asgardu! –Powiedziała wykończona.
-Czy
to chłopiec? –Zapytał z nadzieją jej mąż. Młoda Elfka z rudymi
włosami pokręciła głową. Wpatrywała się w dziecko z szeroko otwartymi oczami.
-Jej
tęczówki… są złote. Przecież ostatnia osoba…
to było jeszcze przed wojną Wanaheim i Asgardu. Kiedy Freir odrodził się w
Mirnim! Tylko on miał złote oczy! Tylko on!
-Roseline…
Uspokój się. –Powiedziała królowa. –To może być zbieg
okoliczności.
-Tak, Wasza Wysokość. Jakie
nadacie jej imię, Wasza Miłość?
-Vrær –odpowiedzieli
równocześnie rodzice.
-Czy zgadzasz się być jej
przyjaciółką? Jesteś od niej tylko dwadzieścia lat starsza, więc nie będzie się
od ciebie dużo różnić wyglądem za parę lat. Jesteś mądrą i dobrą elfką,
Roseline, dla tego właśnie wybieram ciebie, byś się nią zajęła. Zgadzasz się?
-Tak, Wasza Ekscelencjo!
Tak zgadzam się! To dla mnie wielki zaszczyt.
Dziewczyna wyszła z pokoju
przerażona.
-Urodziłam się w dzień
śmierci Sigyn… ona się we mnie odrodziła…,
dlatego Loki mnie pokochał…, bo ja jestem Sigyn…, dlatego nie było jej w
Asgardzie.
Mówiła głośno. Musiała to
powiedzieć głośno. Cofała się, aż natrafiła plecami na filarek łoża. Powoli
osunęła się na podłogę i podciągnęła kolana do siebie. Oparła na nich brodę. Drżała
na całym ciele. To nie mogła być prawda, był tylko jeden taki przypadek i nawet
go nie udowodniono.
-Trudno jest ci to przyjąć
do wiadomości. Rozumiem. –Sigyn usiadła koło niej. Vrr wpatrywała się w nią.
Jeszcze przed chwilą była martwa.
-Jakim prawem tu jesteś?
Żywa?
-Nie jestem. Umarłam dawno
temu. Jestem tylko twoim wspomnieniem, marą nocną. Jestem wytworem twojej
wyobraźni, tak samo jak to całe pomieszczenie.
Jej głos był melancholijny.
Niebieskie oczy patrzyły w dal.
-Loki mnie kochał. Ja jego
również. Naprawdę mocno i bezgranicznie. Szczerze, nadal nie rozumiem, czemu
Odyn kazał im go odciągnąć. Mógł mnie uleczyć, nie straciłam wtedy tak dużo
krwi… wiesz, bogowie wykrwawiają się wolniej niż reszta
stworzeń. Nie wiem, co chciał tym osiągnąć. Czekałam tak długo, by się odrodzić,
tak długo siedziałam zamknięta i uśpiona… ja… a
teraz ty musisz odbić Alfheim, a ja muszę zginąć. Nie przyjęliby cie na tron,
gdybym była tobą. Zyskałabyś mój wygląd, ton głosu, usposobienie, choć uwierz
mi, że niewiele się różnimy. Potem po prostu stałabyś się mną.
-Straciłabym siebie? –Zapytała
z niedowierzaniem Vrær.
-Nie. Ja jestem tobą, a
dokładniej ty jesteś mną. Jesteśmy jednością. Nic by się nie zmieniło. Tylko,
że od tej pory byłabyś Sigyn. Twoja historia byłaby moją i na odwrót. Ale
wszyscy nazywaliby cię Sigyn. Wiem, że sobie tego nie wyobrażasz, ja również…
-nagle zaczęła się śmiać. Miała taki sam śmiech jak Elfka. –Ale
to i tak nie ma znaczenia. Ja nie mogę dłużej czekać, a ty musisz uratować
swoją krainę.
Kobieta wstała i podeszła
do jednej z szaf. Wyciągnęła z niej dwa miecze i dwa sztylety. Dziewczyna podeszła
do niej i stanęła naprzeciw bogini, a ta podała jej po jednym z narzędzi. Na
rękojeściach był wygrawerowany księżyc, a ich ostrza były srebrne. Potem Sigyn
podała jej drugą parę, na których było słońce i były złote.
- Vrær na
Ántialá, patronko Słońca i Księżyca, władczyni Wielkiego Ognia, przyjmij w
darze od umarłej nieśmiertelnej broń. Racz zbawić nią swój lud i ściągnąć
łańcuchy nałożone przez zrozpaczonego szaleńca. Odbierz, co twoje i dumnie
zasiadaj na tronie Alfheim.
Elfka wpatrywała się w nią
chwilę. Skinęła głową.
-Daj mi czas. Wrócę.
Przysięgam. Odbiję królestwo, przekażę władzę Roseline i wrócę. Będziesz żyć.
Potrzebuję tylko czasu. –Jęknęła. Nie wiedziała czemu, ale czuła, że bez niej
nie będzie już sobą. Czuła, że wraz z nią umrze cząstka Vrær. Sigyn spojrzała
na nią przez łzy.
-Ja nie mam czasu. Umieram.
Z każdym dniem tracę wspomnienia, coraz częściej leżę, tak jak mnie zobaczyłaś
po raz pierwszy. Nie musisz wybierać. Dusza nie może wejść w ciało wbrew woli i
na odwrót. A ja nie chcę, byś poświęcała dla mnie Alfheim, koronę i wszystko
inne. Mam tylko jedną prośbę. Przekaż Lokiemu, że go kocham. Powiedz, że to nie
jego wina, i żeby o mnie pamiętał, ale nie rozpaczał. Powtórz mu twoje słowa…
Obydwie płakały. Padły
sobie w ramiona i szlochały. Sigyn oparła brodę o ramię elfki i uścisnęła ją
mocno.
-Idź, ratuj swój lud. A ja
poczekam i jeśli dotrwam ucieszę się z dobrych wieści. –Wyszeptała.
-A, jeśli przegram? Co
wtedy? Czy też trafię tutaj? Czy jeszcze cię spotkam?
Bogini spojrzała na nią
wciąż trzymając ręce na jej ramionach. Była od niej wyższa, więc patrzyła z
góry.
-Chciałabym to wiedzieć,
Vrær. Naprawdę chciałabym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz